Dzień 7

///

Ostatni dzień naszego pobytu w Chorwacji przywitał nas słońcem. Postanowiliśmy więc pozwiedzać ruiny widoczne na wyspie. Komunikację z lądem po raz kolejny zapewnił nam ponton zaopatrzony w silnik Yamaha.

Po odtransportowaniu wszystkich chętnych na ląd, jeden kapitan Tomek postanowił odwiedzić drugiego kapitana Tomka. Kurtuazyjna wizyta pontonowa odbyłaby się bez przeszkód, jednak 10 metrów przed jachtem skończyła się benzyna w silniku zaburtowym. Do tego wiatr zaczął się wzmagać i wiosłowanie pod prąd nie dawało żadnych wyników. Jedynym wyjściem z tej sytuacji było awaryjne zdryfowanie do brzegu i czekanie na jakąś benzynę, która zmaterializuje się w baku samoistnie. Pierwsza część planu poszła gładko, jednak zamiast magicznej benzyny załoga s/y Holly postanowiła działać. Przywiązali wszystkie liny, jakie znaleźli na jachcie do swojego pontonu i tak uczepioną szalupę na długiej smyczy wypuścili na ratunek do brzegu. Wszystko działało do momentu, kiedy rozwinęło się około 50 metrów lin – te namoknięte zaczęły ciążyć do dna nie pozwalając dopłynąć do brzegu. Nadludzką siłą Rafał zwany Kaczką dowiosłował do skał (jemu jednak sprzyjał wiatr). Wystarczyło teraz tylko dowiązać ponton (w którym ciągle nie pojawiła się benzyna) i podziękować za ratunek.

Tego dnia bohaterskości załogi s/y Holly nie było końca. Zgubiony pagaj (przez normalnych ludzi nazywany wiosłem) uratował w mgnieniu oka Marcin poświęcając „suchość” całego ubrania, jakie miał na sobie. Błyskawiczny skok na główkę, 10 metrów kraulem bliskie rekordowi Europy i pagaj uratowany.

Przed drogą powrotną część załogi s/y Daisy postanowiła się wykąpać w wodzie o temperaturze ok. 17 stopni. Po tym wyczynie jeszcze tylko szybki prysznic, by opłukać się ze słonej wody i stawiamy żagle.

Korzystny kierunek wiatru, niska fala i mocne podmuchy pozwoliły tego dnia osiągnąć świetną średnią prędkość. Jedynie świadomość, że to już ostatnie godziny pływania przywoływała na myśl konieczność powrotu do codzienności. Ostatnie mile przebiegły bardzo szybko.

Momentami przechyły jachtu pozwalały na oszukanie zmysłów szczura lądowego takim zdjęciem:

Niedługo przed zachodem słońca dopłynęliśmy do Sukosanu. Bezpiecznie zawinęliśmy do portu, z którego rozpoczęliśmy naszą przygodę.

Przywitało nas znane nam już światło nawigacyjne – tym razem jednak na tle zachodzącego słońca symbolizującego koniec rejsu.

Pozostało nam jeszcze zatankowanie zbiorników z paliwem, sklarowanie (kolejne żeglarskie słowo oznaczające sprzątanie) jachtów i poddanie się inspekcji nurka, który ocenił, czy warto nam zwrócić całą zdeponowaną kaucję. Kapitanowie mogli teraz spokojnie wypełnić ostatnią rubrykę dziennika pokładowego – port przeznaczenia, obliczyć długość całej trasy ( 250 mil morskich) oraz wypisać dokumentację rejsu. Z żalem ostatni raz kładliśmy się spać w naszych kojach wspominając, ile przeżyliśmy w ciągu zaledwie jednego tygodnia. Następnego dnia rano czekało nas tylko formalne oddanie jachtu i zapakowanie się do autokaru, który zawiezie nas do Polski.

Ahoj!
Jeśli nasza relacja rozbudziła Twój apetyt na przygodę, to zapraszamy na kolejny rejs za rok.

kontakt do nas: ulrych@wszib.edu.pl

patronat medialny rejsu: magazyn kulturalno – studencki Multis Multum

tekst, opracowanie, zdjęcia: Yacht Club WSZiB Kraków

Zainteresowała Cię nasza oferta?

Nie czekaj wybierz WSZiB i już dziś zadbaj o swoją przyszłość

Zapisz się

lub sprawdź dział rekrutacji