Relacja 4

///

5 września po licznych formalnościach, zapłaceniu podatków i ubezpieczenia OC (550 zł.) wjeżdżamy do Egiptu. Wysokie opłaty równoważy niska cena paliwa. Półwysep Synaj, który objechaliśmy dookoła przywitał nas wspaniałym górsko-pustynnym krajobrazem. Po drodze do Klasztoru św. Katarzyny zachwyciliśmy się pięknym gajem palm daktylowych – Oazą Firan (N28°42’17.5” E33°38’40.7”). Do ufortyfikowanego monastyru (N28°42′
17.5” E33°38’40.7”) położonego u stóp góry Synaj dociera się ostatecznie pieszo, po kilkunastominutowym spacerze. Ponieważ zrobiło się już ciemno postanowiliśmy zostać na nocleg w okolicy. Zaparkowaliśmy samochód na końcu skalistego wąwozu, jak się później okazało – przy piaszczystej drodze do wioski Beduinów. Co chwilę zatrzymywały się przy nas samochody, a mężczyźni, niektórzy bardzo nachalnie zapraszali nas do wioski. Nie skorzystaliśmy. Następnego dnia odwiedziły nas małe „Beduinki”. Chciały pozować do zdjęć w zamian za „bakszysz”, czyli $. Poczęstowaliśmy je polskimi ciastkami i pojechaliśmy dalej.

Podążając w kierunku kanału Sueskiego odwiedziliśmy naturalne gorące źródła Hammam Fara’un (Łaźnie Faraona) (N29°11’47.7” E32°57’23.7”) wypływające spod skał i uchodzące do morza. Są bardzo gorące, mają podobno właściwości lecznicze. Odwiedziliśmy kolejne źródło Mojżesza i niewiele by brakowało a byłoby to już ostatnie odwiedzone przez nas miejsce na Ziemi. Otóż jadąc prostą drogą w kierunku Suezu ok. 120-
130 km/h zobaczyliśmy jak w ułamku sekundy pęka opona w nadjeżdżającej z naprzeciwka ciężarówce. Nie byłoby w tym nic dziwnego i nadzwyczajnego, gdyby nie była to przednia opona (te pękają w ciężarówkach naprawdę rzadko) i w dodatku od naszej strony. Spowodowało to, że ciężarówka zajęła nasz pas i jechała prosto na nas. Było szybkie i gwałtowne hamowanie awaryjne, co znacznie pomogło, a dzięki kierowcy ciężarówki, któremu udało się w ostatniej chwili wrócić na swój pas – nie doszło do wypadku. Po krótkiej sesji zdjęciowej z miejsca zdarzenia ruszyliśmy dalej.

Ledwie zdążyliśmy ochłonąć z wrażeń, a po kilkudziesięciu km odpadł nam tłumik. Samochód „chodził” jak rajdowy. Tłumik udało się przyspawać w Suezie.
Tego dnia dotarliśmy do klasztoru św. Antoniego, obok którego spaliśmy. Klasztor św. Antoniego uważany jest za najstarszy w Egipcie (został założony po jego śmierci w 356r).

Rano ruszyliśmy na zwiedzanie, rozpoczęliśmy od najstarszej budowli kompleksu – kościoła z XIII- wiecznymi malowidłami. Grota św. Antoniego, w której wiódł on pustelniczy żywot, aż do 105 roku życia, jest położona poza klasztorem, wysoko na wzgórzu, gdzie trzeba się wspinać schodami ponad godzinę. Klasztor św. Pawła jest położony zaledwie
20 km od monastyru św. Antoniego, my musieliśmy przejechać
85 km, bowiem te dwa miejsca chrześcijańskiego kultu dzielą Góry Morza Czerwonego. Klasztor był równie ładny i wewnątrz podobnie zorganizowany – ogród z palmami, a wokół niego domki mieszkających tam duchownych. Grotę św. Pawła można podziwiać w kościele jego imienia, gdzie pochowane są szczątki świętego. Po południu zaczęliśmy kierować się w stronę Luksoru. Dotarliśmy tam następnego dnia.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od świątyni Amona-Re w Karnaku oddalonego
3 km na północ od centrum Luksoru. Jest to bardzo skomplikowany system budowli, z licznymi dziedzińcami, salami i komnatami, otoczony dziesięcioma pylonami, całość zrobiła na nas duże wrażenie; natomiast słynne Teby na zachodnim wybrzeżu Nilu nas rozczarowały. Świątynie pogrzebowe większości faraonów popadły w ruinę, doliny Królów i Królowych, w których ukryte są liczne grobowce tylko w mikroskopijnej części są udostępnione zwiedzającym. Do tego po zapłaceniu ogólnego biletu wstępu do Dolin i za każdy z grobów z osobna, każda z osób pilnujących poszczególnych kwater (głównie po to, żeby nie robić zdjęć) próbowała wyłudzić od nas dodatkową opłatę, co psuło urok tego miejsca. Nawet osoba, która między kasami a grobami zabierała statywy przy naszym wyjściu chciała jeszcze dostać za to pieniądze. Dużo lepiej czyta się o tym miejscu, niż je ogląda…

Gęsto rozmieszczone patrole w Check-Pointach, na drodze wzdłuż Nilu, w kierunku Kairu zatrzymywały nas nawet, co kilkanaście km i były tak dużą uciążliwością, że zaraz po zwiedzeniu pięknej Świątyni Dandara (N26°08’43.1” E32°40’18.6”), na wysokości Asyut postanowiliśmy wydłużyć sobie drogę, ale uwolnić się od punktów kontrolnych i jechać do Kairu przez pustynię. Odbiliśmy mocno na południowy zachód. Zamiast
370 km wzdłuż Nilu mieliśmy do pokonania
1250 km przez pustynię. Zdecydowanie było warto, uroki kilku różnych rodzajów pustyń, przez które przejeżdżaliśmy dawały nam dużo radości, spokoju i wyciszenia. W Kairze nie udało nam się zwiedzić piramid w Gizie, ponieważ były zamknięte, pomimo że próbowaliśmy je zobaczyć o różnych porach w odstępie kilkudniowym. W okresie Ramadanu nic nie działa według planu, urzędy, zabytki są często zamykane wcześniej – z powodu ogólnego wycieńczenia trudami postu. Muzułmanie nie piją i nie jedzą aż do zachodu słońca, co przy panujących tam upałach prowadzi do osłabienia organizmów. Udało nam się natomiast „dogadać” (bakszysz) ze stróżem pilnującym obszaru piramid w Sakkarze i dzięki temu zostaliśmy wpuszczeni do środka, gdzie w ciszy i spokoju mogliśmy samotnie podziwiać piękno całego kompleksu.


 Po ciekawych dniach spędzonych w głębi Egiptu postanowiliśmy powrócić na wybrzeże morza śródziemnego i tam znaleźć następne miejsce noclegowe. To okazało się bardzo trudne, jechaliśmy już w nocy
150 km wzdłuż wybrzeża, od Alexandrii w stronę Libii, jednak przez cały ten czas ciągnęły się mury hoteli, których w dodatku pilnowali stróże. Pomimo tak długiego odcinka nie było mowy o znalezieniu w nocy dojazdu do morza. Między hotelami nie było żadnych przerw, a kiedy już jakaś się znalazła, to nie było tam żadnej drogi. Musieliśmy, więc spać w jedynym cichym miejscu, jakie udało się nam znaleźć z dala od drogi, koło pól uprawnych.

To niesamowite jak „katalogowy” Egipt różni się od rzeczywistości, w której żyje społeczeństwo egipskie. To dwa różne światy. Bogate, ogrodzone murami getta turystyczne kontrastują z biednymi, rolniczymi terenami wzdłuż Nilu. Gliniane osady zamieszkane przez liczne rodziny, wraz ze zwierzętami domowymi, nad kanałami nawadniającymi – które niestety są śmietniskiem, łazienką, grobem dla zdechłych zwierząt, basenem dla dzieci, miejscem poboru wody pitnej – to obrazy, które zostają na długo w pamięci i uczą pokory, ale powróćmy do naszej podróży…

Kolejnego dnia rano, udało nam się po wielu trudach dotrzeć drogą terenową nad morze, gdzie zażyliśmy upragnionej kąpieli po upalnej pustyni. Kierowaliśmy się w kierunku Libii. Obszary bez hoteli i plaże odnaleźliśmy dopiero za Marsa Matruh. Chcieliśmy jednak dotrzeć na granicę Libii za dnia, więc nie zatrzymywaliśmy się tutaj na dłużej, chociaż plaże, które mijaliśmy były wspaniałe. W Polsce nie udało nam się uzyskać wiz tranzytowych do Libii pomimo poparcia, jakie udzielił nam Polski konsulat w Trypolisie. Na stronach MSZ przeczytaliśmy, że na granicy Libijskiej nie ma możliwości otrzymania wizy, ale stwierdziliśmy, że chcemy spróbować, pomimo ryzyka, jakie się z tym wiąże (dużo kłopotów na granicy z Egiptem). A jeśli się nie uda, to po prostu wrócimy do Polski trochę inną drogą niż przyjechaliśmy. Na granicę Egipską dotarliśmy pół godziny przed zachodem słońca (posiłkiem dla Egipcjan). To spowodowało, że bardzo szybko udało nam się odprawić – zwrócić tablice i dowód rejestracyjny, podbić karnet de passage, przejść wszelkie kontrole, uzyskać wszystkie papierki i pieczątki w zaledwie pół godziny (normalnie zajmuje to 3-4 godziny). Jednak granica Libii była już zamknięta, ponieważ o zachodzie słońca rozpoczął się „ich” posiłek.

Musieliśmy w związku z tym poczekać dwie i pół godziny aż spokojnie zjedzą. Kiedy skończyli, okazało się, że sprawa jest naprawdę trudna. Celnicy byli dla nas bardzo mili i bardzo chcieli nam pomóc, jednak nie byli w stanie wystawić nam wiz. Dzwonili w wiele miejsc, jednak nie było najmniejszych szans. Nie mogli nas wpuścić. Jeden z celników powiedział nam, że dzwonił do swojego kolegi, który pracuje w konsulacie libijskim w Alexandrii (
400 km od granicy) i jeśli do niego pojedziemy, to dostaniemy wizy od ręki, i jak tu wrócimy, to wpuszczą nas bez żadnych problemów. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy zawrócić do Egiptu. Na granicy zaczęły się poważne problemy. Nie chcieli nas wpuścić z samochodem do kraju. Kazali nam zostawić samochód i jechać autostopem 400km do Alexandrii po wizy libijskie. Stwierdzili, że wpuszczenie nas z powrotem do Egiptu jest dla nich zbyt dużym problemem. Całonocne, wielogodzinne negocjacje z najwyższymi rangą zwierzchnikami granicy pozwoliły im zrozumieć, że nie ma najmniejszej możliwości, abyśmy zostawili tu – na granicy samochód, który jest aktualnie naszym domem, w którym mamy wszystkie swoje rzeczy, jedzenie, ubrania, spanie – jednym słowem WSZYSTKO ! Udało się nam odzyskać te same tablice rejestracyjne i dowód, a pieczątkę w karnecie de passage wymazali korektorem, zaplombowali nam silnik… Kosztowało nas to nieopisanie dużo kilkunastogodzinnego stresu. W końcu udało się i znaleźliśmy się z powrotem w Egipcie.

W krajach arabskich dniem wolnym od pracy jest piątek i często dodatkowo sobota. Weekend postanowiliśmy spędzić na najpiękniejszych plażach Egiptu – Marsa Matruh, by w niedziele dotrzeć do otwartego już konsulatu w Aleksandrii. Miejsce, które sobie wybraliśmy na odpoczynek po ogromnym stresie pozwolił nam odzyskać siły. Piaszczysta pusta plaża otoczona skałami, oraz szum lazurowego morza i widok zachodzącego słońca, wspaniałe… W konsulacie zgłosiliśmy się w niedzielę rano, okazało się jednak, że nie dostaniemy wiz „od ręki”, ponieważ potrzebna jest zgoda z Libii na ich wydanie. Uzyskaliśmy informację, że trzeba czekać 3-5 dni, maksymalnie tydzień. Znaleźliśmy w końcu, po długich poszukiwaniach miejsce noclegu nad morzem w okolicach Alexandrii. Dojeżdżaliśmy codziennie do konsulatu pytając czy są już nasze wizy. Codziennie była ta sama odpowiedź: jeszcze nie ma, trzeba czekać, już niedługo powinny być.

Postanowiliśmy wykorzystać czas oczekiwania i udaliśmy się z zaprzyjaźnioną rodziną egipską do Kairu w celu załatwienia wiz do Tunezji. Jechaliśmy dwoma samochodami (Kangoo i Mercedes „Beczka”). Mercedes złapał po drodze (
200 km) dwa „kapcie”. Ponieważ nie miał drugiego zapasowego koła, podjechaliśmy Kangurem do wulkanizatora, który założył na dętkę i oponę w sumie… 14 łatek !!! Kilkanaście km dalej w Kangurze niestety również „poszła” opona, pękła przy 100km/h! Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i nic się nikomu nie stało. Na tranzytowe wizy tunezyjskie również nie mogliśmy się doczekać. Był Ramadan i nic nie funkcjonowało normalnie. Dostaliśmy w końcu zapewnienie od konsula Tunezji, że jako Polacy – obywatele kraju członkowskiego UE otrzymamy wizy bez problemu na granicy i nie musimy się przejmować. Zagwarantowano nam to wizytówką konsula Tunezji w Kairze. O taką gwarancję poprosiliśmy ze względu na to, że konsulat Tunezji w Polsce twierdził, że na wizy będziemy musieli czekać 3 tygodnie, nawet na granicy ! Udaliśmy się w związku z tym z powrotem do Alexandrii, gdzie w konsulacie Libii pytaliśmy jeszcze przez trzy dni o nasze wizy. Ciągle ich jednak nie było, pomimo, iż obiecywali, że potrwa to maksymalnie tydzień. W końcu, po 9 dniach zrezygnowaliśmy. Nie mieliśmy już więcej czasu na oczekiwanie, musieliśmy wracać. Poprosiliśmy jeszcze tylko, aby wysłali nam SMSa gdyby jednak zgoda na nasze wizy przyszła.

Dojechaliśmy z powrotem do portu z którego chcieliśmy wziąć prom do Jordanii. Dowiedzieliśmy się jednak, że musimy poczekać do jutra, ponieważ dzisiaj już nie zdążymy się odprawić. Możemy jednak już teraz zakupić sobie bilet na jutro rano. Wtedy też, przy zakupie biletu okazało się, że Kangoo (samochód mierzący
3,99 m długości i
1,85 m wysokości) jest dla kasjera samochodem z kategorii BIG i chcieli abyśmy zapłacili kilkadziesiąt $ więcej. Nie pomogła nawet interwencja u dyrektora kasy, który nie chciał nam podać wymiarów, jakie obowiązują dla poszczególnych kategorii, bo twierdził, że takich u nich nie ma. Im na szkoleniu powiedziano jedynie, że „ten” samochód jest mały, a „ten” duży. Nie daliśmy się jednak oszukać i interwencja u dyrektora całego portu pomogła nam i otrzymaliśmy bilet w normalnej cenie. Nocowaliśmy nad morzem. Rano zjawiliśmy się i przeszliśmy cały, blisko 4-ro godzinny proces odprawy samochodu i siebie. W końcu z mieszanymi uczuciami wsiedliśmy do samochodu w oczekiwaniu na wjazd, na prom. Mieszanymi uczuciami – gdyż nasz plan podróży dookoła morza śródziemnego, niestety utknął na granicy z Libią i będziemy musieli wracać podobną drogą. A teraz, kiedy dokonaliśmy już tych wszystkich formalności odczuliśmy, że już nie ma odwrotu. I wtedy dostaliśmy SMSa: „Wasze wizy do Libii są gotowe, możecie po nie przyjechać”. Nie wierzyliśmy własnym oczom, w Europie to żadem problem, po prostu powrót, ale w krajach arabskich, to zupełnie inna bajka… tam granice są naprawdę… a na jednorazowej wizie wjechaliśmy do Egiptu już dwa razy, teraz miałby być ten trzeci… 

Nie zastanawiając się długo zaczęliśmy próbować wszystko odkręcić. Byliśmy świadomi konsekwencji finansowych (ponowne opłaty wjazdowe i utrata opłaty za bilety na prom). Jednak „policjant turystyczny” wytłumaczył nam, że jest to absolutnie niemożliwe, ponieważ przebywając 20 dni z samochodem w Egipcie, gdy już z niego wyjedziemy ponowny wjazd, możliwy jest dopiero po 20 dniach pobytu poza krajem. Powiedział nam, że my już jesteśmy całkowicie odprawieni, czyli wyjechaliśmy z Egiptu. Nie zrezygnowaliśmy jednak i podjęliśmy interwencję u najwyższego rangą managera całej granicy portowej. Udało się go uprosić i zgodził się nam pomóc. Wszystko odkręcono w ciągu zaled
ie 2 godzin ! Teraz pozostało nam jedynie przejechać (po raz trzeci) cały Egipt wzdłuż – jedyne
1300 km, po drodze odbierając wizy w Alexandrii. Udało się – byliśmy bardzo szczęśliwi…
J Przygody nas oczywiście nie opuszczały i po drodze wjechaliśmy w dziurę skrzywiając felgę. W wyniku zmiany koła na zapasowe, z wybuloną oponą i wynikających z tego wstrząsów zepsuł się układ ABSu. Wszystko udało się jednak naprawić. Pękniętą oponę skleiliśmy kropelką, a układ ABS udało się naprawić czyszcząc czujnik. W Egipcie przejechaliśmy w sumie blisko
8400 km. Na granicę Libii dotarliśmy po dwóch dniach.

Zainteresowała Cię nasza oferta?

Nie czekaj wybierz WSZiB i już dziś zadbaj o swoją przyszłość

Zapisz się

lub sprawdź dział rekrutacji