Relacja 2

///

13 sierpnia, wjeżdżamy do Turcji. Na granicy musimy wykupić wizy (10 € /os), a tuż za nią zaskakują nas ceny paliw – są najdroższe, jakie do tej pory widzieliśmy (6zł./litr benzyny i 3,6 zł./litr gazu). Kierujemy się w stronę Istambułu, gdzie jeszcze tego samego dnia postanowiliśmy zwiedzić stare miasto. Udało nam się zobaczyć: Wielki Bazar, Egipski Bazar Przypraw, Błękitny Meczet, Hagie Sophie, Meczet Sulejmana i kilka innych, mniej znanych. Wyjeżdżając, już po zmroku podziwialiśmy piękno nowego miasta. Istambuł zapisał się nam jako jedno z większych miast, jakie widzieliśmy – jego aglomeracja liczy blisko 12 mln mieszkańców. Postanowiliśmy nie zostawać tutaj dłużej, ponieważ nie przepadamy za miastami, a szczególnie tak wielkimi. Ruszyliśmy więc w poszukiwaniu noclegu, który znaleźliśmy dopiero 125 km od centrum Istambułu. Wyjazd z obszaru zabudowanego – aglomeracji tego „Wielkoluda” to dziesiątki kilometrów.

Kolejnego dnia dotarliśmy do Troi (N39°57’23.4” E26°14’35.9”). Tutaj kolejna niezbyt miła niespodzianka – wysokie ceny biletów i brak jakichkolwiek zniżek dla studentów spoza Turcji (pomimo posiadania międzynarodowych legitymacji studenckich ISIC). Postanowiliśmy jednak mimo wszystko zobaczyć to historyczne i jakże symboliczne miejsce. To, co nam się tutaj bardzo podobało, to przede wszystkim położenie Troi, która otoczona jest rozległymi łąkami, których końca nie widać. Można tu odpocząć od zgiełku i hałasu spokojnie spacerując ścieżkami wiodącymi po ruinach Troi. Tego dnia rozpoczęły się również pierwsze awarie (czytaj: przygody) samochodu. Zepsuł się elektrozawór instalacji gazowej, która przy tych cenach paliw była dla nas niezmiernie ważna. Usterka była na szczęście jedynie bardzo uciążliwa – gaz tankował się bardzo powoli – 0,01l/sekundę. To powodowało, że każde tankowanie do pełna (czasami kilka razy w ciągu dnia) zajmowało ponad pół godziny. Nocleg znaleźliśmy nad morzem, z dala od zabudowań i miast. Dlatego właśnie ogromne zdziwienie wzbudziła w nas (już kolejna na naszej wyprawie) nocna kontrola policji.

Następnego dnia docieramy do Babakale najbardziej wysuniętej na zachód wioski Azji Mniejszej. Wioska jest śliczna, spokojna z pięknymi turkusowo-niebieskimi zatoczkami i zakotwiczonymi tam kutrami rybackimi. Zachęceni widokami, do starożytnego miasta Assos postanawiamy udać się szutrową drogą, bardzo blisko morza. Udało nam się pokonać mniej więcej połowę z wyznaczonej trasy, utknęliśmy na skarpie, przy bardzo stromym zjeździe na kamienistą plaże. W Assos, do którego dojechaliśmy popołudniu, zobaczyliśmy ruiny teatru i stare mury. Widok ze szczytu był imponujący (m.in. na grecką wyspę Lesbos). Przejeżdżając przez zielone wzgórza, na jednym z nich, położonym bardzo blisko Pergamonu, postanawiamy zostać na nocleg. Jest wysoko, z daleka od zabudowań, wspaniały, wręcz bajkowy krajobraz, cisza i spokój – wszystko, co bardzo lubimy i czego potrzebujemy. Stając przy gruntowej, bocznej drodze, z dala od asfaltu jesteśmy pewni, że nikt nas tutaj nie znajdzie – ale nie wiemy jeszcze jak bardzo się mylimy. Późnym wieczorem przyjeżdża tu specjalnie dwóch mężczyzn na motorze, którzy są ciekawi kim jesteśmy, po co tu przyjechaliśmy i gdzie jedziemy. Wypatrzyli nas prawdopodobnie z wioski znajdującej się na samym dole. Po kilkunastominutowej próbie wymiany zdań dają nam spokój i odjeżdżają. To jednak nie koniec. W  środku nocy (ok.2-3) tą drogą przejeżdżają liczne traktory z całymi rodzinami. Bardzo nas to zaskoczyło.

Krętą drogą wiodącą w dół docieramy do Pergamonu (N39°07’55.2” E27°11’11.0”). Parkujemy blisko Czerwonej Bazyliki z III w. Dwa największe i najważniejsze skupiska ruin to Asklepion i Akropol. Na 300 metrowym wzgórzu, znajdują się ruiny Akropolu, jednego z największych ośrodków cywilizacji helleńskiej. Podziwiamy świątynię Trajana i ogromny teatr, który może pomieścić nawet 10 tys. osób. Kilka dobrze zachowanych kolumn daje wyobrażenie o pięknie tego miejsca w przeszłości. Po południu jedziemy do Sardes zobaczyć Świątynię Artemidy. Tankując na stacjach spotykamy coraz to większe ilości posiadanych przez kasjerów terminali kart płatniczych, często zajmują całe duże biurka. Na jednej ze stacji było ich aż siedem ! Dotarliśmy do Efezu, niestety bilety w cenie kilkudziesięciu złotych (40-50 zł./os.) i wszechobecny w Turcji brak występowania zniżek dla studentów nie pozwoliły nam na zwiedzenie tego miejsca. Z Efezu zmierzamy nad jezioro Bafa przez jońskie miasto Priene i Milet. Tam podziwiamy niezwykłe ruiny starożytnych miast. W Priene (N37°39’32.7” E27°18’15.6”) najefektowniejsza jest świątynia Ateny, a w Milecie (N37°31’44.5” E27°16’29.0”) ogromny i wspaniale zachowany teatr, mogący pomieścić 15 tyś osób. Oba miejsca położone są w bardzo ładnej scenerii, na wzniesieniach. Śpimy w parku krajobrazowym nad niezwykle malowniczym jeziorem Bafa (N37°30’07.8” E27°31’19.5”).

Odbijamy w głąb lądu, aby odwiedzić słynne Pamukkale – lodowe wodospady (N37°55’05.1” E29°07’20.7”). Zostajemy kilka godzin na basenach u podnóża białej kaskady, skąd podziwiamy tarasy i piękne stalaktyty uformowane przez wapń.

Udajemy się na plażę żółwi (N36°46’30.2” E28°38’37.9”), jednak na miejscu okazuje się, że żółwie wychodzą na plaże tylko w nocy, a wtedy wstęp na nią dla ludzi jest zabroniony. Przy sporym szczęściu można je podobno zobaczyć w dzień, pływające w morzu. Odwiedzamy Kayakoy – kamienne, wyludnione miasto. Tureccy muzułmanie uznali je za przeklęte i dlatego nie chcieli zająć miejsca wysiedlonych w 1923 r. Greków. Jedziemy do Saklikent – wąwozu (18km.dł. i do 300 m. wys.), który wydrążyła rzeka Essen. Po kąpieli w czystej i bardzo zimnej wodzie udajemy się do kanionu. Przed wejściem, na „rozlanej” już rzece mijamy bajecznie wyglądające kafejki, restauracje z hamakami i altanami zawieszonymi nad wodą. Wieczorem ratujemy życie żółwikowi, którego przenosimy z jezdni pod okoliczną roślinność.

Docieramy do Olimposu, ale tłum ludzi, jaki tam zastajemy zniechęca nas do odwiedzenia tego miejsca. Postanawiamy trochę odpocząć na pobliskiej plaży. Późnym popołudniem docieramy pieszo do Cirali – niewielkiego wzgórza słynącego z zadziwiającego zjawiska – w miejscach gdzie ulatnia się metan z drobnych szczelin w skałach wydobywają się płomienie. (N36°25’45.8” E30°27’53.4”). Wieczorem spotykamy bardzo niekorzystne dla nas zjawisko bardzo wysokiej wilgotności powietrza, połączonej z upałem. Pomimo, że nie pada musimy jeździć z włączonymi wycieraczkami. Bardzo ciężko śpi się w takich warunkach, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, trzeba wytrzymywać wszelkie niewygody podróży, w końcu to nie są wakacje w hotelu. Dajemy radę !

Jadąc dalej odwiedzamy wodospady Diden i Kursunlu, z zewnątrz oglądamy zamek Alara. Warto zwiedzić zamek Anamur. Położony nad samym morzem (N36°04’53.7” E32°53’44.3”), charakteryzuje się niespotykaną swobodą zwiedzania. Mury, które wiją się wokół meczetu są ogólnie dostępne. Dotarliśmy do każdej wieży bez żadnych zabezpieczeń, dzięki temu poczuliśmy specyfikę tego miejsca i przenieśliśmy się w inne czasy. Twierdzę podobno zbudowano w III w., ale na przestrzeni stuleci była rozbudowywana. W X w. była kryjówką piratów, meczet powstał za panowania Sułtana w 1226, a od roku 1469 była w rękach Turków osmańskich. Po ostatnim, niezwykle ciężkim noclegu decydujemy się na zakup wentylatora, który będzie pobierał na tyle mało energii, żeby przy wyłączonym silniku można było korzystać z niego przez całą noc, bez obaw o akumulator. Po długich poszukiwaniach udaje nam się go kupić.

Następny przystanek na naszej trasie to dolina Ihlara, gdzie w ścianach długiego na 10 km i szerokiego na 80 m kanionu wykuto 60 skalnych kościołów. Do doliny można zejść schodami u jej początku albo dróżką z wioski Belisirama. My wybraliśmy jeszcze inną drogę – dziką ścieżkę wiodącą krawędzią kanionu. Ihlara to cud natury, dotknięty ludzką ręką, ale nieoszpecony. Polecamy.

Przez góry Taurus podążamy w stronę Kapadocji. Zwiedzamy Derinkuyu (Głęboka Studnia), (N38°22’23.9” E34°44’03.6”) – największe z osiedli podziemnego miasta Kaymakli. Na ośmiu poziomach powstała tu skomplikowana sieć domostw ze stajniami, wytwórniami wina, kuchniami i studniami. Najniższe korytarze biegną 55 m pod ziemią. Robi na nas duże wrażenie. Jak można żyć pod ziemią ? Dlaczego zostało tam zbudowane tak ogromne miasto? Co tych ludzi do tego skłoniło ? – na te pytania nie znamy odpowiedzi. Okolice G?reme (N38°38’37.3” E34°49’53.0”), Uchisar (N38°37’47.9” E34°48’18.2”) i Zelwe są jednymi z najpiękniejszych miejsc, jakie widzieliśmy do tej pory. Uchisar nas zachwycił. Wielka skała, która ukazała się naszym oczom, wyróżniała się od innych tym, że posiadała otwory okienne, drzwi i widoczne tunele. U jej podnóża rozciąga się piękny widok na niezwykłe formy skalne z wulkanicznego tofu. Kilka kilometrów dalej z półki skalnej podziwiamy wioskę G?reme – krajobraz księżycowy – nie z tej ziemi. W wielu stożkowych formacjach skalnych dostrzegamy, że wielu mieszkańców ciągle żyje w skalnych domostwach. Stwierdzamy, że Kapadocja to jedno z najbardziej fascynujących zakątków Turcji i jedno z niewielu wspólnych, tak udanych dzieł przyrody i ludzi.

Nocleg znajdujemy w okolicach przełęczy (1565m) z widokiem na trzeci, co do wielkości szczyt w Turcji – wulkan Ekcijas Dagi (3916m), który zresztą jest odpowiedzialny za ten bajkowy krajobraz Kapadocji. Miliony lat temu nastąpił jego wybuch, w wyniku którego, ziemie w promieniu setek kilometrów zalała gorąca lawa. Podobno był to jeden z największych kataklizmów w dziejach świata. Później powodzie, deszcze i wiatr wyrzeźbiły powierzchnie lawy, tworząc w niej głębokie korytarze i doliny, a wzgórza zamieniając w przedziwne stożki i kolumny.

Pełni wrażeń z Kapadocji udajemy się do Parku Krajobrazowego w okolice Nemrut Dagi (2150m), szczytu gdzie znajdują się wielkie posągi Antiocha pierwszego władcy Kommageny, i jego ulubionych bóstw: Apollona, Tyche, Zeusa i Maraklesa, których uważał za swoich krewnych. Śpimy w górach na wys.1900m. Wstajemy o 3:00 rano! Co to za wakacje?!:) Ale podobno widok ze szczytu Nemrut Dagi o wschodzie słońca to niezapomniane przeżycie. Ruszamy po ciemku szlakiem na „wschodni taras”. Nie jesteśmy osamotnieni w drodze na górę. Okazuje się, że amatorów wschodu słońca na szczycie jest już wielu. Ale wyjątkowo to tutaj nie przeszkadza, wszyscy siedzą na skalnym tarasie i jego schodach, często otuleni w kolorowe koce (wieje i jest chłodno) w oczekiwaniu na słońce 🙂 Panuje sympatyczna atmosfera oczekiwania. Słońce płata małego figla i z dużym opóźnieniem pojawia się w chmurach. Widoki w koło są imponujące. Odwiedzamy jeszcze taras zachodni grobowca Antiocha i schodzimy w dół.  

Jedziemy w kierunku Syrii, po drodze zatrzymujemy się żeby zobaczyć zaporę Ataturka (N37°28’10.3” E38°18’42.8”)- jedną z największych tego typu budowli na świecie. Zapora jest tak ogromna, że ciężko było ją w ogóle sfotografować. Nie mieściła się w kadrze, pomimo, że byliśmy ponad kilometr od niej.

Kilkadziesiąt kilometrów przed granicą z Syrią spotyka nas kolejna przygoda – psują się całkowicie tylne amortyzatory w samochodzie (wymienione zresztą na nowe, bezpośrednio przed wyjazdem!). Na każdej nierówności odbijamy się jak piłeczka ping-pong’owa od jezdni. Okazuje się, że jeden z amortyzatorów wybuchł, drugi „tylko” wylał. Wydaje się to niemożliwe, żeby amortyzator wybuchł, ale to fakt… W końcu nie jeździmy po europejskich drogach, często pokonujemy terenowe drogi samochodem osobowym… pewnie dlatego nie wytrzymały; może też trochę za ostro jeździliśmy. Chcemy kupić amortyzatory i sami je wymienić. Na szczęście udaje nam się znaleźć blisko serwis Renault. Samochód zostaje naprawiony kolejnego dnia rano. Jedziemy do Syrii.

Zainteresowała Cię nasza oferta?

Nie czekaj wybierz WSZiB i już dziś zadbaj o swoją przyszłość

Zapisz się

lub sprawdź dział rekrutacji