Relacja 1

Po ponad półrocznych przygotowaniach, których nie będziemy już opisywać, ponieważ byłby to materiał na dwa osobne artykuły ;) nadszedł czas, aby wyruszyć w trasę dookoła Morza Śródziemnego...

zobacz galerię

Z Krakowa wyjechaliśmy planowo, we wtorek, 5 sierpnia. Po wejściu do samochodu chwila zastanowienia - którędy dokładnie jedziemy - szczegółowa trasa miała być ustalana na bieżąco, spontanicznie. Szybka decyzja - cel dzisiejszego dnia to Oradea. Po przekroczeniu granicy ze Słowacją, kierowaliśmy się bocznymi drogami w kierunku granicy węgierskiej. Wieczorem, przemieszczając się między miejscowościami: Miskolc i Tiszaújváros zobaczyliśmy przy drodze wzgórze z kilkudziesięcioma ogromnymi krzyżami (N47°58'35.6" E20°54'53.2"). Było to dla nas miejsce bardzo tajemnicze, nic o nim nie wiedzieliśmy, jednak przykuło naszą uwagę i postanowiliśmy je odwiedzić. Tego dnia śpimy w okolicach Parku Krajobrazowego Horta Bagyi, oczywiście w samochodzie, na przygotowanej przez nas specjalnej platformie. Mamy już niedaleko do granicy z Rumunia w Biharkeresztes.

W środę około południa dotarliśmy do Rumunii. W tym dniu udało nam się jeszcze zobaczyć piękny, gotycki XIV wieczny zamek (N45°45'00.3" E22°53'16.8") w Hunedoarze. Twierdza z pięknymi wieżami, zwodzonym mostem i wysokimi murami zrobiła na nas duże wrażenie. Nie zakłóciły tego nawet wszechobecne kominy huty wybudowane przez Cequsescu. Kilka kilometrów dalej śpimy nad bardzo malowniczym jeziorem Teliuc (N45°41'19.7" E22°51'38.6").

Następnego dnia pobudka o wschodzie słońca, okazja do fotografowania malowniczo parującego jeziora. Potem kąpiel, kawa, pływanie i wyruszamy w kierunku gór Retezat. Zaczynają się pierwsze przygody. Psuje nam się wtyczka od lodówki (topi się końcówka). Próbujemy ja naprawić, Dorota pomaga - z jednego popsutego elementu mamy już dwa ;) Okazuje się jednak, że pomimo zabrania ze sobą zapasowej wtyczki, bez lutownicy się nie obejdzie. Kiedy po licznych poszukiwaniach udaje nam się ją zakupić okazuje się, że konieczny do naprawy (użycia lutownicy) inwerter napięcia (12V => 220V) też się popsuł. Dzięki uprzejmości lokalnych mieszkańców udaje się wszystko naprawić. Dojeżdżamy nad jezioro, w górach Retezat, a przed nami tama - 864 zardzewiałe, "ruchome" schody dzielą nas od ładnego widoku. Odległość była nieduża (różnica poziomów 170 m), ale palące w południe słońce dało się odczuć i na górze byliśmy trochę zmęczeni. Kiedy wróciliśmy zobaczyliśmy policjanta, który spisuje nasz samochód na malutkim kawałku tekturki. Skończyło się na okazaniu dokumentów tożsamości.
Przejazd przez wioski północno-zachodniej Rumunii to ciekawe doświadczenie. Drogi na ogół dobre mogą nagle zaskoczyć, dziurą wielkości i głębokości całego koła. Domki ustawione są wzdłuż ulic i ślicznie wyglądają z zasuniętymi okiennicami z czerwonymi dachami na tle w oddali wyłaniających się gór i pagórków. Starsi mieszkańcy biesiadują spokojnie przed swoimi domami. W wiosce Breja widzieliśmy kondukt pogrzebowy. Zrobił na nas duże wrażenie. Była to procesja gdzie za sztandarami na ozdobionym wozie leżały na czarno ubrane zwłoki przykryte białym żakardowym materiałem. Nie wypadało nam robić zdjęć, ale wrażenie inności kulturowej pozostało w naszej pamięci.

Jedziemy przez góry Semenic w kierunku granicy z Serbią. Świeżo zamontowana, zapasowa wtyczka do lodówki omal nie doprowadza do pożaru (szły już dymy). W ciągu kilku minut kompletnie się stopiła. Ponieważ żadna wtyczka nie wytrzymuje obciążenia lodówki, podpinamy ją "na krótko" do gniazdka. Granice przekraczamy na Dunaju. Zerkają na bagaż, pytają z uśmiechem o broń, haszysz i każą nam jechać. Mijamy Negotin, Zajecar, piękną doliną rzeki Timok podziwiając wyłaniające się na zachodzie góry Bułgarii docieramy do granicy w Tabanowcach. Bardzo miło i przyjemnie przekraczamy ją w pięć minut, jesteśmy w Macedonii. Na obrzeżach Kumanowa, zobaczyliśmy tańczące w pięknych strojach dziewczyny. Okazało się, że to jest uroczystość weselna, na łące przy domu. Kiedy zatrzymaliśmy się, dzieciaki obległy nas wspaniale pozując do zdjęć. Na nocleg wybraliśmy okolice jeziora Liptowskiego. Wyboistą, krętą drogą, wiodącą nad stromą skarpą wspinaliśmy się na szczyt znajdującej się tu tamy. Tutaj przetestowaliśmy niechcący osłonę pod silnikiem - sprawdziła się. Ponieważ zrobiło się już bardzo późno, zapytaliśmy policjanta pilnującego tamy, czy możemy tutaj spać. Po uzyskaniu zgody położyliśmy się. W nocy obudziło nas dwóch mężczyzn z karabinem. Chwila stresu skończyła się kontrolą dokumentów, powierzchownie bagażu i przeniesieniem nas kilka dalej metrów od tamy.

Korzystając z miejscowego wodopoju dostajemy od mieszkańca pobliskiej wioski świeżo zerwanego arbuza i melona. Był to bardzo miły gest. Teraz drogami gruntowymi podążamy na autostradę, którą dojedziemy przez Skopie do Gostivar. Narodowy Park Krajobrazowy Mavrovo nas oczarował. Po drodze mijaliśmy piękne góry: Sarplanna, Kapab, Bistra, Stogovo i Karaorman. Po południu wjeżdżamy do Albanii. Tuż za przejściem krajobraz typowo powojenny - wszechobecne bunkry. Spragnieni morza, którego jeszcze w tym roku nie widzieliśmy "pakujemy się" w jedyną drogę, która była na tym odcinku wybrzeża. Niestety duża droga wg mapy okazuje się tylko powojenną pozostałością po niej. W dodatku nad morzem zastaliśmy przykry widok przypominający śmietnisko.

Pod koniec następnego dnia podróży po Albanii stwierdziliśmy, że Albania i to, co w niej zobaczyliśmy to same kontrasty - kraj odbudowujący się po wojnie: z jednej strony całkowicie nowy budynki, stacje benzynowe, restauracje, domy; z drugiej bieda, lepianki, osiołki itd. Dużo kontroli policji, w okolicach miast nawet w odległości 2-3 km, a na trasie 10-20 km. Dużo dzikich psów i oczywiście Mercedesów. Kozy na drodze, osiołki z wozami pod prąd na autostradzie to normalne zjawisko, w dodatku co kilkanaście km pojawiają się ronda. Klaksonu używa się niemal do wszystkiego, często na zasadzie: uwaga, jadę ! Na stacjach benzynowych nigdzie nie można było płacić kartą płatniczą, więc koniecznie trzeba mieć ze sobą gotówkę.

Docieramy do Vlore, miejscowości nad zatoką Gjiri i Vlores. Z przełęczy podziwiamy morze utopione w chmurach, nad którymi się znajdujemy. Około godziny 15tej docieramy do miejscowości Vuno, tutaj rozpoczynamy podróż "drogą krajową" Albanii wiodącą wzdłuż morza, która jest tak naprawdę dopiero w budowie. W licznych miasteczkach jej szerokość absolutnie uniemożliwia wyminięcie się nawet skutera i samochodu. Kolejne plaże nie przypominają już w żaden sposób śmietniska, wręcz odwrotnie. Zagospodarowane są nawet bunkry, które zaadoptowano na magazyny restauracji.

11 sierpnia wjeżdżamy do Grecji. Na granicy Albańczycy handlują suszonymi ziołami, herbatą, gazetami, oprawkami na paszporty itp. Stoimy na razie w najdłuższej kolejce do granicy. W dodatku termometr wskazuje temp. 50°C, a po chwili już tylko " - - - " Niestety w Krakowie nie udało nam się kupić takiego, który mierzyłby wyższe temperatury? Grecja przywitała nas szerokimi drogami, którymi tranzytowo przemieściliśmy się do Turcji, po drodze spotykając kolumnę 10 uzbrojonych wojskowych Hammerów :)


Powrót na górę strony