Relacja 9

15 marzec-7 kwietnia „Z rowerem w krainie kangurów”

Nową Zelandię opuszczaliśmy pełni wrażeń, jednakże zdegustowani nieco paskudną pogodą jaka towarzyszyła nam przez blisko 80% spędzonego w fantastycznej scenerii czasu. Oczywiście nic nie było i nie będzie w stanie zatrzeć cudownych wspomnień, niesamowitych obrazów i spędzonych w mozole chwil. Nie bylibyśmy jednakże szczerzy gdybyśmy nie przyznali, że marzyło nam się choć kilka dni ładnej, słonecznej, suchej pogody – wygrzanie umordowanych kości i mięśniu oraz dosuszenie wiecznie wilgotnych ubrań i sprzętów.

Nadzieją na spełnienie tychże marzeń miał być kolejny etap naszej podróży - Australia. Kraj, który wiele osób kojarzy z przygodami Tomka - bohatera cyklu powieści Alfreda Szklarskiego -, z kangurami czy też „misiami” koala – ciekawe z czym jeszcze?? ( wpiszcie w komentarze swe skojarzenia – odpowiadając na pytanie: z czym kojarzy Ci się Australia??).
My też już w dzieciństwie poznawaliśmy ten niesamowity ląd oczami wyobraźni, przekładając z zapartym tchem kolejne kartki powieści, a w miarę dorastania oglądając edukacyjno-przyrodnicze programy telewizyjne, bądź też czytając prasę podróżniczą. Wtedy ląd ten wydawał się nam tak strasznie odległy, ale zarazem tajemniczy i fascynujący! Nie może więc nikogo dziwić, że gdy planowaliśmy naszą podróż – zwłaszcza jej rowerową część - to zgodnie uznaliśmy, że tego kraju ominąć nie możemy. Pomysł ten wydawał się tym bardziej atrakcyjny, że Australia, która jest najmniejszym z kontynentów, uchodzi za kraj stosunkowo płaski, a nam mocno zmęczonym po ciężkich bojach w Nowej Zelandii ( zdecydowana większość pokonanego tam dystansu to ostre, lub bardzo ostre, wyczerpujące podjazdy i zjazdy ) marzyło się trochę lżejsze pedałowanie i jak wspomnieliśmy powyżej bardziej sprzyjające warunki pogodowe. Ponieważ, zgodnie z planem i realnymi naszymi możliwościami ( w tym finansowymi ), przeznaczyliśmy na ten „australijski etap” tylko trzy tygodnie, to postanowiliśmy w tym czasie przepedałować co najmniej – znaną nam z opisów - trasę nazwaną już wiele lat temu Princess Higway. Liczy ona niewiele ponad 1000 kilometrów długości – jest urzekająco piękna ( prawdziwa Księżniczka Szos ) i w znacznej części biegnie brzegiem Oceanu Spokojnego. Odcinek który zamierzaliśmy przejechać, na mapie nie wyglądał na zbyt duży i trudny. Trzeba jednak pamiętać, że Australia jest szóstym co do wielkości krajem świata o powierzchni zajmującej mniej więcej obszar podobny do 48 kontynentalnych stanów USA, a długość linii brzegowej wynosi 36 735 km, a więc mapa nie jest w stanie oddać w pełni rzeczywistych warunków oraz różnorodnych pułapek. Tak więc przemierzenie tej trasy było dla nas kolejnym wyzwaniem i nadzieją na nie dające się przewidzieć przygody. Dodatkowych emocji dostarczał bardzo duży ruch panujący na niej, którego nie wzięliśmy pod uwagę planując tutejszą trasę – oj, dał nam on nieźle popalić. Jakkolwiek piękna, to i zarazem dziwna to droga. Miejscami szeroka jak autostrada w USA, natomiast miejscami wąska jak wiejska zapomniana drożyna, a do tego masa szalonych kierowców mijających nas w strasznie małych odległościach ( na styk lusterek, z tym że nasze lusterka przyczepione były do mizernie na tle „krążowników szos” prezentujących się rowerów ), chwilami zdawało nam się, że ktoś wjedzie w szalonym pędzie na nas i nasze skromne jednoślady. Po prostu włosy się na głowie momentami jeżyły, a adrenalina przyspieszała tętno i oddech. Któregoś dnia zdarzyło się, że obok nas - gdy staliśmy na światłach - facet wjechał w „d...ę” stojącego na czerwonym świetle, z daleka widocznego i wcale nie małego, auta. Napędził nam niezłego stracha i obudził drzemiące w naszej podświadomości demony: no bo gdyby ten „sprawny inaczej” świr jechał naszym pasem? Czy na takim odludziu można liczyć na cudzą pomoc ??? itd., itp.

Gdy przylecieliśmy do Sydney nie mogliśmy się nacieszyć tym, że w końcu tu dotarliśmy – no i że wreszcie jest trochę cieplej i suszej. Wiele godzin spacerowaliśmy po centrum miasta. Jak wielu ludziom, tak i nam, Sydney kojarzyło się przede wszystkim z pięknymi widokami na słynną Operę i ogromnym mostem Harbur Bridge. Na własne oczy przekonaliśmy się, że widok na gmach, którego projekt inspirowany był liśćmi palmowymi zapiera dech w piersiach. Gdy podejdzie się bliżej widać jednak, że nie jest już najnowszą budowlą - budowa jej trwała wiele lat, więc zanim ją ukończona to najwcześniej rozpoczęty fragment nadawał się do remontu, lub co najmniej lekkiego liftingu. Ciekawostką jest fakt, że gdy zaczynano ją budować w 1959 r. to budowa miał kosztować zaledwie 7 mln $ ( były to jakby inne dolary, gdyż inna była ich wartość ), a gdy kończono w 1973r. koszt jej wyniósł 102 mln i - jakby tego jeszcze było mało -, wnętrze okazało się nieodpowiednie dla przedstawień operowych. Zmodyfikowano nieco pierwotne założenia i obecnie w budynku mieszczą się m.in. cztery sale koncertowe, a poza teatrem opery siedzibę w nim znalazły: zespół muzyki klasycznej, balet, teatr i nowocześnie wyposażone kino. Jak widać poniesienie tak ogromnego kosztu budowy chyba się Australijczykom opłacało, gdyż dziś zatokę zdobi jeden z najbardziej znanych budynków świata ( znak firmowy i atrakcja turystyczna Sydney, podobnie jak niechciana niegdyś przez mieszkańców Wieża Eiffla stała się symbolem Paryża), a oprócz tego jest świetnie działającym, cenionym w świecie centrum kulturalnym.

Sydney jest największym (ok. 4 mln mieszkańców) miastem w Australii, więc atrakcji w nim nie brakuje. Zauważyliśmy w czasie swej całej podróży ( w tym również w jej azjatyckim epizodzie ), że miasta i regiony które natura i historia bogato „wyposażyła” w atrakcje czynią bardzo wiele, aby ilość atrakcji stale rosła – stawia się nowoczesne, niejednokrotnie wymyślne, obiekty, rozszerza ofertę atrakcyjnych i modnych usług. Powinno być to pewnym wskaźnikiem kierunku naszych Polskich zmian i działań – nie możemy się zadowalać tymi atrakcjami co już posiadamy, pragnąc czerpać znaczne dochody z turystyki musimy ofertę atrakcji uaktualniać i rozbudowywać, gdyż - jak uczy doświadczenie innych - turystyka to naprawdę niezły interes, czego dowody znajdujemy praktycznie na każdym kroku.

Kolejny dzień spędziliśmy na zwiedzaniu miasta z perspektywy siodełka roweru – okazało się, że na zwiedzenie wnętrz nie mamy czasu oraz bilety wstępu miały cenę nie na nasze skromne już zasoby. Napotkani ludzie niezbyt chcieli wierzyć, że wybieramy się naszymi załadowanymi „sprzętami” do Melbourne. Jak się później okazało w Australii nie spotyka się rowerzystów tak często jak np. w Nowej Zelandii. Sama przeprawa przez Sydney była bardzo ciekawa, a wręcz ekscytująca. Zobaczyliśmy większość miejsc opisanych w przewodnikach jako te których, będąc w tym mieście, nie można pominąć. Chociaż trudno było nam się z nim rozstać postanowiliśmy kolejną noc spędzić już na dalekich przedmieściach – jak niekiedy turniejowi szachiści mieliśmy poczucie „niedoczasu”. Przeprawa przez miasto zajęła nam prawie cały dzień. Metropolie australijskie zajmują ogromną powierzchnię, przedmieścia Sydney ciągną się ponad dwadzieścia kilometrów na północ i na południe, a na zachód - czyli w stronę lądu - ponad 50 kilometrów, aż do podnóża Gór Błękitnych. Problem sprawiło nam przedarcie się do Princes Higway. Komunikacja Sydney to wielopoziomowa plątanina dróg - wszędzie drogi o kilku pasach ruchu, pędzące samochody, zniecierpliwieni kierowcy - ci cudowni, zwariowani, zakręceni, a zarazem natchnieni instrumentaliści – sygnaliści - trębaliści. Oj, nasłuchaliśmy się tego dnia trąbiących na nas klaksonów – czuliśmy się jak na jakimś kakofonicznym koncercie muzyki współczesnej.

Chyba trochę nas rozpieściła Nowa Zelandia, gdzie na małej powierzchni kraju podróżuje bardzo dużo turystów, a w malutkich miasteczkach nie da się nie trafić na kamping. Obawiamy się, że z tak dobrymi oznaczeniami i przygotowanymi ułatwieniami dla podróżujących turystów jak w NZ nie spotkamy już nigdzie indziej, więc chyba, po prostu, trzeba się szybko przestawić i obniżyć poprzeczkę wymagań i oczekiwań. Dla nas najważniejsze okazało się to, że na zaplanowanej przez nas do pokonania drodze było skupionych wiele parków narodowych. Zapowiadało to, po pierwsze niemałe atrakcje, a po drugie - jak okazało się w trakcie podróży- wiele z nich oferuje noclegi zarówno w domkach kempingowych jak i na polu namiotowym i to, co warte podkreślenia, za naprawdę niewielkie pieniądze ( zazwyczaj 5$ za osobę w namiocie). Pierwszym z parków, który spotkaliśmy na naszej drodze był najstarszy z państwowych parków narodowych Royal National Park. Głównymi jego atrakcjami okazały się piękne strome klify, odosobnione plaże i piękne lasy deszczowe, którym nie mogliśmy się nadziwić. Nawiasem mówiąc przyroda zaskakiwała nas na każdym kroku – począwszy już od wylądowania w Singapurze, następnie w Malezji, Tajlandii, Nowej Zelandii. Niestety nie dane było nam się napawać do woli urokami i cudownościami świata ożywionej i nieożywionej przyrody. Musieliśmy ruszać dalej, ponieważ chcąc zrealizować poczynione założenia, musieliśmy każdego dnia pokonywać nie mniej niż 100 kilometrów, co fizycznie nie sprawiało nam żadnego problemu, jednakże pozostawiało niewiele czasu dziennie na zwiedzanie i kontemplowanie „widzianego”. Z tego względu była to dzienna porcja odległość minimum, pokonywanie której miało nam pozwolić na zobaczenie – choć niestety pobieżnego - wszystkiego co zaplanowaliśmy i dotarcie do celu ( do portu lotniczego ) w założonym terminie, gdyż mieliśmy zabukowane bilety powrotne do Nowej Zelandii oraz dalej - na Wyspy Pacyfiku.

Przez kolejne dni jechaliśmy niezwykle urokliwym wybrzeżem oceanu mijając mniejsze i większe miasta, które w zasadzie są do siebie bardzo podobne, mają jednak swój indywidualny wszechobecny urok oraz dziwnie spokojną, wyciszoną i wyciszającą atmosferę. Wielokrotnie zadziwiała i zaskakiwała nas niewyobrażalna życzliwość ludzi, którzy gdy tylko widzieli, że mamy jakikolwiek kłopot, to podchodzili i oferowali swoją bezinteresowną pomoc. Nawet gdy tylko wyciągaliśmy przewodnik z plecaka, zawsze ktoś podchodził i pytał czy może nam w czymś pomóc?. Jak się ma do tego nasza polska gościnność życzliwość – blednie ona niestety na tle tego co dane nam było doznać od innych, obcych nam, nacji. Tereny którymi jechaliśmy nie należały do najbardziej płaskich jakie znamy. Częste i długie podjazdy dawały nam lekko popalić, ale równie długie zjazdy pozwalały nacieszyć się ostrą, a miejscami ( głównie z uwagi na obciążone bagażami przednie koła ) wręcz szaleńczą jazdą stromiznami w dół. Szczególnie ostry zjazd czekał nas na przełęczy Bulli Pass, z której postanowiliśmy w jak najkrótszym czasie zjechać do miasta Wollongong. Zanim jednak zdecydowaliśmy się ruszyć na dół nie mogliśmy się nacieszyć widokiem na ocean i położone w dole miasto. Trochę dziwiły nas ograniczenia w ruchu wprowadzone na tym odcinku drogi i znaki ostrzegające przed dużą stromizną, ale gdy w końcu znaleźliśmy się na dole wiedzieliśmy, że nie są postawione bez powodu. Jazda na naszych załadowanych rowerach pozostanie w pamięci na długo – jest również dowodem na to, że jadąc bez pedałowania można się nieźle spocić.

Kolejnym miasteczkiem na naszej drodze była Kiama. Słynie ona ze szczeliny w nadmorskiej ścianie z której pod ogromnym ciśnieniem tryska woda na wysokość 60 metrów, zalewając przy tym wszystkich, którzy przyjadą podziwiać to niezwykłe zjawisko. Za wszystko trzeba płacić – w tym przypadku przemoczeniem do suchej nitki. To taka australijska odmiana wielosezonowego śmigusa-dyngusa. Jadąc dalej dotarliśmy do nadmorskiego pasa nazwanego Shoalhaven, i gdy, po spędzonej na bardzo fajnym kempingu nocy, postanowiliśmy rankiem pospacerować po plaży uznaliśmy, że musimy się tu zatrzymać chociaż na jeden dzień. Nawet gdyby to miało nas „kosztować” rezygnację z innych atrakcji. Seven Mile Beach National Park, to przede wszystkim plaża ciągnąca się na długości ponad siedmiu mil. Nas po prostu zauroczyła. Zadziwiające jest to, że w trakcie kilkugodzinnego spaceru spotkaliśmy zaledwie kilku serferów ( może to jeszcze nie sezon ?? ), którzy leżąc na swoich deskach i kołysząc się na potężnych według nas falach czekali na tą jedną, jedyną właściwą. Przez dłuższy czas przyglądaliśmy się im, ale nie doczekaliśmy się żadnego popisowego ślizgu. Chyba pogoda im tego dnia nie dopisała najlepiej, ale może mieli nosa i czekali na falę: dnia, tygodnia, sezonu lub nawet życia, wierząc że szczęście im dopisze i się uda im na nią doczekać. Okazali się cierpliwsi niż my jako ich kibice. Może z naszej strony to nie tylko kwestia cierpliwości, a raczej poczucie uciekającego czasu. Tak jak się spodziewaliśmy, wszystkie parki narodowe na naszej drodze okazały się tak urokliwe i niepowtarzalne, posiadające to „COŚ”, że w każdym z nich moglibyśmy spędzić cały czas pobytu w Australii, a może i dłużej. Strasznie żal było nam z każdego z nich wyjeżdżać wiedząc, że jeszcze tyle w nim do zobaczenia. Staraliśmy się jednakże zobaczyć jak najwięcej wzdłuż całej trasy. Obfitość niesamowitej fauny, które udało nam się podglądać w naturalnym środowisku w Murramarang National Park spowodowała, że po raz kolejny podjęliśmy decyzję o przedłużeniu czasu spędzonego na trasie o kolejne dwa dni, najprawdopodobniej kosztem zwiedzania Melbourn. Możliwość podziwiania w bezpośredniej bliskości kangurów, wombatów czy wielobarwnych papug polinezyjskich, które jadały z nami śniadanie, zaskoczyła nas zupełnie, gdyż prawie wszystkie z tych zwierząt są tutaj na wyciągnięcie ręki. W naszych lasach bardzo rzadko można natknąć się na dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku, nie mówiąc o ich spacerowaniu np. po leśnym parkingu lub też polu namiotowym ( patrz galeria ). Tutaj natomiast obciera się człowiek o nie dosłownie na każdym kroku. Np. Kasia karmiła z ręki papugi, a kolega ptaszek który jadał z nami śniadanie, zaglądał nam w oczy i domagał się, żeby mu nasypać jeszcze trochę musli. Przypomina to co prawda krakowskie gołębie, jednakże odbywa się w dzikiej scenerii, bez wielkomiejskiego gwaru, a tutejsze ptaki to szaleństwo kształtów i cudownych kolorów. Do tego rozbiliśmy obozowisko na leśnej polance, prawie na brzegu oceanu w którym kąpaliśmy się codziennie. Frajda nie do opisania. Dodatkową atrakcją były dla nas kolacje, które przygotowywaliśmy z ryb łowionych przez przemiłe, zapoznane na kempingu, australijskie małżeństwo. Łososie australijskie, a nawet rekin, były dla nas - „lekko” już znudzonych codzienną porcją makaronu z sosem ze słoika - prawdziwym rarytasem, a dla naszych darczyńców sposobem na udowodnienie, że Australijczycy to naprawdę bardzo przyjaźni i uczynni ludzie. Na początku chyba nie wiedzieli jak do nas podejść, może bali się nas urazić, ale gdy zobaczyli jak zajadamy te „przesmaczne frykasy”, postanowili zadbać o urozmaicenie naszego menu, przynajmniej na czas spędzany przez nas w tym pięknym miejscu w Ich sąsiedztwie. Dla nas spotkanie z nimi miało jeszcze jedno znaczenie. Dzięki dwóm wieczorom spędzonych na rozmowach o naszych, jakże różnych i tak strasznie od siebie oddalonych, krajach dowiedzieliśmy się bardzo dużo na temat Australii i ludzi w niej mieszkających. Żal było odjeżdżać, ale przed nami jeszcze ponad połowa drogi, więc nie było innego wyjścia jak ruszać dalej. Na kolejnym odcinku trasy spotkała nas średnio miła przygoda, gdy w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że z Kasi bagażnika spadła po drodze karimata, a wraz z nią komplet masztów do naszego namiotu – namiotu który tak wspaniale spisał i sprawdził się w czasie Nowozelandzkiego, mokrego, chłodnego i wietrznego etapu podróży. Kasia pozostała pilnować naszego dobytku, a Krzychu wrócił się na poszukiwania zguby. Niestety, blisko 60 km pedałowanie w obie strony okazało się jazdą na marne. Nie udało się znaleźć masztów, a więc i reszta namiotu okazała się zbędna, w związku z czym wylądowała w koszu. Było nam go żal gdyż wiernie służył nam w deszcz i słotę. Jak mówi przysłowie: NIE MA TEGO ZŁEGO CO BY NA DOBRE NIE WYSZŁO. Po drodze bowiem udało mi się znaleźć zgubioną przez kogoś samochodową tablicę rejestracyjna. Udało się w ten sposób zrealizować marzenia zaprzyjaźnionego kolekcjonera tablic rejestracyjnych ze świata – Piotra z Bochni, który prowadzi m.in. ośrodek jeździecki DAN-PIO, a u którego jeździmy wraz z naszą Rodzinką i kumplami konno po okolicznych lasach, a którego - wraz z Jego Rodziną - tą drogą serdecznie pozdrawiamy. Piotr tablica jest Twoja !!!!!. Udało się kupić niedrogo namiot, ale gdzież mu do poprzednika. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że pogoda okaże się już do końca naszej podróży łaskawa. Oby !!! Przez kolejne dni jechaliśmy w dość ostrym tempie mijając następne parki narodowe i kolejne piękne miasteczka, rybackie osady i historyczne wioski, piękne bezludne plaże i potężne lasy. Wybrzeże położone na południe od Sydney, choć rzadziej odwiedzane przez turystów, jest urzekające i po prostu przepiękne. Mimo tego, że musieliśmy już ostro i bez opamiętania pedałować, aż do samego Melbourn,e nasza trasa, którą dodatkowo urozmaicaliśmy sobie pokonując jej znaczną część bocznymi, często szutrowymi drogami – patrz galeria - dostarczyła nam niezapomnianych wrażeń, na które „zasługują” jedynie rowerzyści. Podziwianie tego zakątka Australii z siodełka roweru utkwiło w naszej pamięci i pozostanie tam na zawsze. Mamy nadzieję, że nie przeszkodzi w tym w przyszłości nawet Jego Wysokość Alzheimer. Gdy dotarliśmy do Melbourne mieliśmy jeszcze tylko pięć dni do wylotu. Najważniejsze było dla nas to, że po kolejnych tygodniach spędzonych w absolutnie spartańskich warunkach znów mogliśmy spędzić trochę czasu w towarzystwie niesamowicie gościnnej pani Teresy Zerger, którą poznaliśmy w miasteczku Kaikura w Nowej Zelandii. Uwierzcie !!! takich ludzi zbyt często się nie spotyka. Życzymy każdemu, aby choć raz w życiu dane było kogoś takiego spotkać. Tacy Ludzie przekonują, że: „człowiek to brzmi dumnie” Jedynym słowem, które nam teraz przychodzi do głowy jest słowo DZIĘKUJEMY. Naszej wdzięczności i sympatii nie da się opisać żadnymi słowami.

Miasto Melbourne zaskoczyło nas – choć coraz trudniej nas zaskakiwać - zupełnie. W wielu publikacjach można przeczytać, że jest to najlepsze, najciekawsze i w ogóle naj....... pod każdym względem miasto w Australii. Okazało się, że faktycznie tak jest. Jest piękne, a przeróżnych atrakcji wystarczyłoby chyba co najmniej na miesiąc zwiedzania.

I ci Wspaniali Ludzie. Boże mój, tak interesujących, pomocnych i chyba zawsze uśmiechniętych ludzi trudno spotkać gdzie indziej. O ile w uprzejmości ludzi Azji wyczuwało się pewną interesowność i powierzchowność, o tyle tutaj czuło się, że ludzie byli cudowni z potrzeby serca. Nam niestety, nie było dane się tym wszystkim nacieszyć do syta, gdyż już po jednym dniu zwiedzania musieliśmy ruszać dalej. Ostatnie dni na australijskiej ziemi mieliśmy już dokładnie zaplanowane. Plany te doprecyzowaliśmy dopiero tu na miejscu i rozrastały się one tak dalece, że groziło nam „powalenie” wszelkich terminów – w tym również powrotnego wylotu..

Jeszcze przed wyjazdem obiecaliśmy sobie przejechać ( z braku czasu, wypożyczyliśmy w tym celu samochód ) Great Ocean Road, jedną z najpiękniejszych dróg świata, która na znacznym odcinku została wykuta w skałach nad samym brzegiem oceanu na początku XX wieku. Jadąc nią nie mogliśmy się nadziwić jak wielkim, przeogromnym wysiłkiem kilkudziesięciu tysięcy ludzi została zbudowana. Z każdym przejechanym kilometrem byliśmy im coraz wdzięczniejsi, że to zrobili, gdyż to dzięki nim dzisiaj tysiące turystów mogą podziwiać tak niesamowite miejsce. Początkowo planowaliśmy, niewiele ponad 200 kilometrowy odcinek drogi przejechać w kilka godzin, ale już na początku trasy wiedzieliśmy, że za szybko nam to nie pójdzie. W sumie zeszło nam prawie dwa dni. Niesamowite formacje skalne wystające wprost z wód oceanu i wspaniała przyroda po prostu nie pozwoliła nam „tylko przejechać” tą drogą. Jest to chyba najpiękniejsze wybrzeże na świecie. Gdyby nie to, że tak bardzo zależało nam na zwiedzeniu Grampions National Park, to chyba byśmy się stamtąd w ogóle do końca pobytu na australijskim kontynencie nie ruszyli. Zresztą ta decyzja okazała się bardzo słuszna, gdyż pomysł odwiedzenia wspomnianego parku narodowego był absolutnym strzałem w dziesiątkę.

Tak w ogóle, to gdy ruszaliśmy w tą ostatnią w Australii podróż, wydawało nam się, że już nic nas nie może zaskoczyć, ale to co przez te kilka dni zobaczyliśmy, spowodowało, że coraz częściej w naszych głowach pojawia się myśl, żeby do Australii powrócić, koniecznie, może na „trochę” dłużej. Jest to niesamowite miejsce na Ziemi. Zobaczyliśmy tylko niewielki fragment tego kraju, ale nasza podróż pozwoliła nam poznać tak niesamowitych – w pozytywnym tego słowa znaczeniu - ludzi i zobaczyć tak piękne miejsca. Ciekawi nas co jeszcze nowego i ekscytującego można zobaczyć w innych jej zakątkach. Jedno jest pewne - wcześniej czy później musimy tam wrócić !!!!

Najpierw trzeba będzie jednak odbudować kasę. Przed nami jeszcze kawał drogi, a z forsą musimy się już strasznie szczypać. Nasz kosztorys okazał się jednak bardzo naiwny i pomimo tego, że w trakcie całej podróży żyliśmy najtańszym z możliwych sposobów (taniej się już po prostu nie da) wypompowaliśmy się z kasy zupełnie – włączyło się żółte światełko z napisem „rezerwa”. Jednakże nawet przez chwilę nie przyszło nam na myśl, że nie było warto i że szkoda nam tych wydanych pieniędzy. Wiemy już, że będziemy zbierać środki na kolejne wyprawy. Naprawdę warto. Już w naszych głowach odbywa się „Burza mózgów” nad układaniem kolejnych tras, dyskutujemy nad tym do późna w nocy. Rowery również są brane pod uwagę. Sprawdziły się na większości trasy.

Powrót na górę strony