Relacja 5

No i dotarliśmy do kraju naszych marzeń. Kiedy wsiadaliśmy do samolotu, znaliśmy jedynie adres pola namiotowego na którym mieliśmy się zatrzymać na pierwszą noc. Reszta stanowiła niewiadomą - byliśmy przygotowani na kolejne przygody i niespodzianki.

Bardzo się ucieszyliśmy, gdy się okazało, że bez większych problemów można wydostać się rowerami z lotniska. Pierwszy raz spotkaliśmy się ze specjalnymi miejscami do składania rowerów na lotnisku – pozwala to wierzyć hasłu promocyjnemu, że Nowa Zelandia to raj dla rowerzystów. Wydawać by się mogło, że to takie proste, a ileż radości. Ponieważ mieliśmy wszystko spakowane w sakwy już na przelot samolotem, to po jakiejś godzince byliśmy gotowi do drogi. No i ruszyliśmy!!! Pierwsze kilometry po wielodniowej przerwie na rowerze!!!!!! Radość wielka. Pomimo dużego zmęczenia lotem pedałowaliśmy ostro. Po kilkunastu kilometrach dotarliśmy do pola namiotowego i tam spędziliśmy pierwszą noc. ( Jadąc te pierwsze kilometry po przedmieściach Auckland wiedzieliśmy, że musieliśmy tu przyjechać – oczekiwały nas widoki z naszych snów). Jeśli istnieje przeznaczenie to doznaliśmy jego spełnienia. Następnego dnia wczesna pobudka i w drogę. Chcieliśmy jak najszybciej wyruszyć z Auckalnd, bo choć jest to miasto bardzo ładne i wiele w nim do zobaczenia, to jeszcze zamierzamy tu wrócimy przy okazji lotu do Australii a następnie wylotu na Fidżi ( ang. Fiji ), więc uznaliśmy, że na zwiedzanie będzie jeszcze czas (Ada i Kuba mamy nadzieję, że nam w tym pomożecie !!!!!). Ruszając w drogę mieliśmy nadzieję na spokojny pierwszy dzień, chociaż prognozy pogody, usłyszane relacje o powodziach, będących następstwem bardzo obfitych - nie notowanych od ponad 40 lat – opadów, zdenerwowanie dawało się odczuć na wielkomiejskich ulicach Auckland. Pogoda, przy wielodniowych wyprawach rowerowych po odludnych terenach ma fundamentalne znaczenie. Obecnie w Nowej Zelandii panuje lato, a temperatury obecnie odpowiadają przeciętnym późno-jesienno i zimowym i wynoszą maksymalnie do 16-17 0C. Na szczęście pierwsze kilometry zaliczyliśmy szybko i szczęśliwie. Powoli zaczynaliśmy się przyzwyczajać do obciążenia na rowerze, które było nie małe - w końcu wyruszyliśmy na przynajmniej pięć tygodni wędrówki w nieznane. Prognozy pogody na najbliższe dni lekko nas przerażały, gdyż nie przewidywano istotnej jej poprawy. Dzień zakończyliśmy po 90 kilometrach pedałowania, które momentami przypominało walkę Dawida z Goliatem. Tereny piękne jednak bardzo pofałdowane i wiele wzniesień dało nam nieźle popalić. Zakwasy mięśni przez następne dwa dni dały nam w kość. Cały nasz trud rekompensowały nam jednak widoki i niesamowita życzliwość ludzi. Pierwszą noc w drodze spędziliśmy na farmie wspaniałych młodych ludzi, którzy nawet nie chcieli słyszeć o rozkładaniu przez nas namiotu. Pierwszy raz na obczyźnie spotkaliśmy się z taką gościnnością i otwartością, ale jak się później miało okazać nie po raz ostatni.

Przypominało to naszą POLSKĄ GOŚCINNOŚĆ, z której jesteśmy znani w świecie. Ranek przywitał nas wspaniałą pogodą ( może prognozy były błędne ?! ), a wiadomo że przecież nic tak dobrze nie nastraja rowerzysty jak dobra pogoda. Po wspaniałym śniadaniu, bardzo miłym i serdecznym pożegnaniu ruszyliśmy dalej. Mieliśmy zamiar pokonać conajmniej 90 kilometrów i noc spędzić w miasteczku Matamata. I tak zdobywaliśmy kolejne kilometry przez cały czas to pnąc się pod górę to z niej zjeżdżając. W połowie drogi zatrzymaliśmy się w miejscowości Te Aroha, która kiedyś było bardzo znanym uzdrowiskiem ( my przecież pochodzimy z kurortu jakim jest Busko Zdrój, więc poczuliśmy się tu cudownie – choć przez moment - jak dwójka kuracjuszy ), a dziś jest spokojnym miasteczkiem, w którym znajduje się jedyny na świecie gejzer sodowy i baseny termalne, przyjemności popływania w których nie mogliśmy sobie odmówić. Po wspaniałym odpoczynku musieliśmy ruszać dalej ponieważ do Matamaty zostało nam jeszcze ponad 30 kilometrów, a założone kilometry pomimo wspomnianych zakwasów musieliśmy zaliczyć. Plany nasze zakładają pokonywanie coraz dłuższych odcinków dziennie. I tak, pięknie położoną u podnóża gór Kaimai drogą, dotarliśmy do Hobbitonu.

To właśnie w okolicy Matamaty została stworzona, na potrzeby filmu "Władca Pierścieni" , kraina Froda i jego towarzyszy. Niestety, musieliśmy zrezygnować z jej zwiedzania. Po pierwsze wycieczka rozpoczyna się o godzinie 12.30 a kończy o 15, a to spowodowałoby stratę całego dnia, a po drugie płacenie 55 dolarów za zwiedzanie farmy na której dziś pasą się owce, a po filmowym Hobbitonie pozostały jedynie pozbawione okien i drzwi ściany chatek, wydało nam się lekką przesadą. Nowozelandczycy celowo nie odbudowują i nie upiększają, rozsławionego wspomnianym mającym wielomilionową rzeszę fanów filmem, mista Hobbitów, gdyż nie życzą sobie zadeptania tych urokliwych okolic – chyba mają rację, o czym mieliśmy okazję przekonać się następnego dnia. Następnego dnia spotkała nas wielka nagroda, gdyż podążając drogą do słynnego miasta Rotorua, czuliśmy się jak bohaterowie ulubionego naszego filmu ( obejrzeliśmy z wielką przyjemnością całą trylogię "o Pierścieniu" ). Droga na długich odcinkach przypominała nam Hobbiton. Co prawda nie było chatek ( może to i dobrze ), ale poza tym wszystko zgadzało się idealnie.

Widoki wynagradzały nam również trudy przeprawy, przez bardzo duże wzniesienia, przy podławej pogodzie. Kiedy już wydawało nam się, że jesteśmy całkiem blisko Rotorua okazało się, że mamy jeszcze przed sobą. 17-to kilometrowy dość stromy podjazd. Nieźle się namęczyliśmy zanim sobie daliśmy z nim radę. Jednakże zjazd z góry, nad brzeg przepięknego jeziora, wszystko nam zrekompensował. Samo miasto Rotorua stało się słynne na świecie, ze względu na gejzery, gorące źródła i bulgocące błota, które można w nim oglądać niemal na każdym kroku. Dzięki pięknemu położeniu nad brzegiem jeziora i wielu atrakcjom w najbliższej okolicy, miasto stało się turystyczną stolicą Wyspy Północnej. Zatrzymaliśmy się na jeden dzień w tej przedziwnej, urokliwej i niesamowitej krainie.

Zwiedziliśmy Whakarawera Thermal Reserw, w którym mogliśmy podziwiać wspaniały pokaz w wykonaniu ośmioosobowego zespołu maoryskiego, największy i najbardziej spektakularny gejzer w Nowej Zelandii Pohutu, i cieszyć oczy widokami jakie można podobno zobaczyć tylko w tym miejscu na świecie ( wierzymy przewodnikom, gdyż faktycznie na oglądających czynią swą krasą i tajemniczym urokiem niesamowite wrażenie ). Wszystkie te niezwykłe zjawiska geotermalne są spowodowane niezwykle małą grubością skorupy ziemskiej na tym terenie, dzięki czemu nigdzie na świecie nie ma tak wielu gejzerów na tak małym obszarze. Po kolejnym intensywnie spędzonym dniu, który upłynął głównie na ciągłym zwiedzaniu, oglądaniu i podziwianiu przeróżnych cudów natury i wygrzewaniu się w basenach termalnych, zrelaksowani i pełni nowej mocy, wolni od bólu kości i mięśni, ruszyliśmy dalej w stronę jeziora Taupo największego w nowej Zelandii.

Powrót na górę strony